IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Dorcas&Anthony #1

Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
Admin

Liczba postów : 869
Join date : 05/09/2018

Dorcas&Anthony #1 Empty
PisanieTemat: Dorcas&Anthony #1   Dorcas&Anthony #1 Icon_minitimeCzw Cze 27, 2019 10:57 pm

/ początek


Dzień wydawał się być wyjątkowo piękny, więc zaraz po skończonych zajęciach, Dorcas postanowiła urządzić sobie samotny trening Quidditcha, jako, że "prawdziwe" treningi jeszcze nie zdążyły na dobre ruszyć. A przecież trzeba być w najlepszej formie, żeby zdobyć Puchar, prawda? Dorcas nie miała zamiaru z tym zwlekać, zanim pogoda się skiepści, albo - co gorsza - ktoś inny podłapie jej prywatny pomysł! Dlatego więc wtoczyła się z lochów aż do Pokoju Wspólnego Gryffindoru, po drodze niestety psotne schody aż dwa razy postanowiły zrobić jej psikus i wyrzuciły Meadowes na nieodpowiednim piętrze. Mocno poirytowana dotarła jednak wreszcie do salonu Gryfonów, przebiegając przez niego niemalże jak burza, w drodze witając się ze znajomymi krótkim 'cześć', nie zatrzymując się jednak na parę dłuższych zdań - nie miała na to czasu. W dormitorium odłożyła wszystkie zbędne rzeczy, choć pewie balastu zbyt wiele nie miała, wyciągnęła za to spod łóżka swoją miotłę - te szkolne zawsze były jak dla niej zbyt zdezelowane. Kiedy miała już wszystko, czego potrzebowała, ponownie rozpoczęła wędrówkę, tym razem jednak schody były posłuszne. Kto wie, może dlatego, że Dor specjalnie miała różdżkę umieszczoną w kieszeni tak, że jej końcówka delikatnie wystawała, co miało być zapewne dla schód niejako groźbą co się stanie, jeżeli nie wysadzą jej na odpowiednim piętrze. Zakończywszy podróż ruchomymi schodami, minęła hol i zwalniając już znacznie tempo swojego chodu opuściła budynek szkoły, udając się na boisko, które ku jej uldze, ale i uciesze - było zupełnie puste. Dziwiło ją trochę to, że nikt poza nią samą nie miał zamiaru korzystać z tak ładnego dnia, ale nie miała zamiaru narzekać! Nie czekając wiele różdżką wyczarowała "zestaw" do samotnego treningu, po czym wsiadła na miotłę i wzbiła się w powietrze, jednocześnie chowając różdżkę do kieszeni. Wyglądało to mniej więcej tak, że tłuczki, które wyczarowały leciały w jej kierunku, a zadaniem samej Dor było ich unikanie. Wiadomo, wszystko, byle nie oberwać.


Anthony ruszył w kierunku boiska, wzdychając boleśnie. Towarzyszący mu czwartoroczniak zdawał się nie podzielać jego cierpienia, bowiem co chwilę podskakiwał radośnie i najwyraźniej nucił coś pod nosem. Zupełnie nieślizgońskie zachowanie, jeśli ktoś miałby zapytać Anthony'ego o zdanie. Niestety, wraz z nadejściem października w szkole najwyraźniej zapanowała epidemia przeziębień, która dotknęła także drużynę Slytherinu. Anthony, jako kapitan, był zobowiązany, żeby znaleźć zastępstwo, co okazało się niełatwym zadaniem. Umiejętności większości ludzi, którzy pojawili się na dodatkowych eliminacjach, pozostawiały wiele do życzenia. W końcu po wielu godzinach okupionych zdegustowaniem (Anthony'ego), łzami (odrzuconych zawodników) i potem (wszystkich obecnych), udało mu się znaleźć ludzi na zastępstwo. Nie mogli się co prawda równać z podstawowym składem, ale jak się nie ma co się lubi... Anthony zabrał właśnie jednego z rezerwowych pałkarzy, żeby trochę potrenować. Mimo że ten dzieciak zachowywał się zbyt radośnie jak na Ślizgona, van der Craven miał nadzieję, że będzie uderzał pałką w tłuczki z takim samym entuzjazmem, z jakim właśnie podśpiewywał pod nosem debilne melodyjki.
Gdy dotarli na miejsce, Anthony usłyszał charakterystyczny świst latających tłuczków. Zatrzymał się, skonsternowany, i spojrzał w górę. Oczywiście, jak zwykle szczęście mu dopisało i kiedy miał zamiar potrenować, boisko musiało być zajęte. Nie, żeby to miało go powstrzymać.
- Ej, ty tam! - krzyknął w kierunku postaci na miotle, najgłośniej jak potrafił.


I w takich właśnie momentach Dorcas cieszyła się, że nie jest kapitanem drużyny Gryfonów. Co prawda na kapitanów zwykle wybierano się mężczyzn, ale sama Meadowes, mimo talentu, którego odmówić jej nie można, nie widziałaby się w tej roli, z tej prostej przyczyny, że większość Gryfonów traktowała jak znajomych, dobrych kumpli i zwyczajnie nie potrafiłaby wydzierać się na ludzi, których lubiła. Trochę to marne wytłumaczenie, ale taka prawda i, jak widać, mężczyźni mają do tego lepsze predyspozycje. Nie wdając się jednak w dalsze rozważania, wróćmy do Dorcas, która aktualnie korzystała z uroków pięknego dnia, trenując sobie na boisku, jako, że nikt z jej znajomych nie wyraził chęci dołączenia do niej, a może po prostu miała ochotę poćwiczyć w pojedynkę? Taki trening czasami nawet więcej daje, bo człowiek może skupić się na samej grze, a nikt z drużyny cię nie rozprasza. Nagle, z "transu", w którym przez pewną chwilę się znajdowała, wyrwał ją czyiś głos, dochodzący gdzieś z dołu. Nie wiedziała o co chodziło dwóm plamom, które z góry widziała, a które jak podejrzewała były ludźmi, ale nie miała zamiaru kończyć swojego treningu. Żeby upewnić się jednak z kim ma do czynienia, i czy nie jest to czasem któryś z nauczycieli, bo i takie sytuacje się zapewne zdarzały, nagle poszybowała miotłą w dół i wyglądało to tak, jakby zaraz miała uderzyć nią w ziemię, jednak w ostatniej chwili wygięła się z miotłą tak, że wylądowała gładko i przyjemnie.
- Czego chcesz? - spytała, łapiąc miotłę w dłoń, kiedy dotknęła stopami ziemi i mrużąc delikatnie powieki, kiedy zorientowała się, że "intruzem" był nie kto inny, jak sam Anthony van der Craven... Jak uroczo! Po zdezorientowanym chłopaczku ukrywającemu się ze jego plecami wnioskowała, że był on nowym "nabytkiem" drużyny Ślizgonów, ale przecież nie znaczyło to absolutnie, że Dorcas "odda" im boisko, na którym to teraz ONA ćwiczyła. Zwłaszcza, kiedy to ten konkretny Ślizgon miał zamiar je przejąć.


Na całe szczęście, głos Anthony'ego był dosyć donośny i osoba na miotle go usłyszała, bo po chwili zaczęła podchodzić do lądowania. Im bardziej zbliżała się do ziemi, tym Anthony mógł zauważyć coraz więcej szczegółów. Po chwili mógł już stwierdzić, że z pewnością była to dziewczyna, sądząc po rozwianych długich włosach. Gdy wreszcie wylądowała obok nich, z dużą dozą irytacji zauważył, że był to nie kto inny, jak Dorcas Meadowes z drużyny Gryfonów. Oczywiście, jakby nie mógł trafić na jakąś zahukaną Puchonkę, którą bez trudu mógłby przepędzić z boiska... Niestety, Gryfoni należeli do innej kategorii, plasującej się niebezpiecznie koło ludzi z etykietką "wrzody na tyłku".
- Boiska - oznajmił po prostu, dla lepszego efektu krzyżując ręce na piersiach w nieco wojowniczej pozie. Szybko zgromił wzrokiem czwartoroczniaka, żeby ten przestał się głupkowato uśmiechać. Co jak co, ale Ślizgoni muszą trzymać fason, zwłaszcza w konfrontacji z Gryfonami.


Gdyby Dorcas od początku wiedziała, że krzyczącym osobnikiem był Anthony, to nie zadałaby sobie trudu zlatywania na sam dół i przerywania treningu, tylko ostentacyjnie go olała. Ale jako, że z górnej części boiska niewiele widać, a nie mogłaby olać przykładowo takiej McGonagall, jeśli to całkiem hipotetycznie byłaby ona, to wyszło jak wyszło. Co nie znaczy, że Dor odda boisko van der Cravenowi tylko dlatego, że przyczłapała za nim jakaś ofiara losu, bo na Ślizgona, to owy osobnik zupełnie jej nie wyglądał. Gdyby nie to, że Anthony raczej nie bawił się w charytatywność, mogłaby pomyśleć, że przydzielono mu jakiegoś mało inteligentnego osobnika, żeby go trochę życiowo ogarnął. Bo wiele można by o tym Ślizgonie powiedzieć, ale nie to, że był życiową sierotą.
- A ja chcę być pierwszą kobietą, która zostanie Ministrem Magii - odparła z wyraźnie wyczuwalną w głosie ironią. - Co nie znaczy oczywiście, że mogę to dostać - uśmiechnęła się pobłażliwie w stronę Ślizgona. Och, zupełnie jakby jej nie znał. Chyba nie myślał, że tak łatwo sobie z nią poradzi?


Gdyby niebiosa mu sprzyjały, z pewnością natknąłby się tutaj na kogoś innego niż Dorcas Meadowes. Albo jeszcze lepiej - w ogóle nie musiałby przychodzić tutaj z tą ofiarą losu. Niestety, żeby w przyszłości zostać wielkim, na razie trzeba było pocierpieć. Jako kapitan miał swoje obowiązki i musiał zadbać o to, żeby jego drużyna wygrała najbliższy mecz, a najlepiej wszystkie mecze w sezonie, nawet gdyby oznaczało to niańczenie sierot, które ledwo można było nazwać Ślizgonami. Pocieszał się tym, że tacy prefekci mają gorzej, bo muszą zajmować się także pierwszo- czy drugoroczniakami, którzy często pojawiali się zasmarkani w Pokoju Wspólnym i oczekiwali pocieszenia, bądź gubili się w zamku i trzeba było ich szukać. Anthony zastanawiał się, jak to możliwe, że jego siostra, która w tym roku została prefektem, jeszcze nie podpaliła żadnego z tych dzieciaków.
- Nie chcę cię martwić, ale było już sporo kobiet-ministrów - powiedział, po czym uśmiechnął się złośliwie. - Co najmniej pięć w ciągu ostatnich dwustu lat - dodał, ciesząc się, że może ją czymś zagiąć. - Co, nie uważało się na historii magii? - spytał bezczelnie, chociaż tutaj akurat nie mógł jej winić, bo Binns potrafił obrzydzić nawet najbardziej ciekawy temat. W ogóle, co to za pomysły, żeby zatrudniać ducha jako nauczyciela?
- Tak, ale ja mogę - stwierdził, nawiązując do jej ostatniego zdania.


O tak, prefekci z pewnością nie mieli łatwego życia, ale cóż, zwykle zostawali imi ludzie, którzy i tak trochę robili na rzecz szkoły, więc najprawdopodobniej i tak nie mieli nic lepszego do roboty. No, chyba, że chodziło o dom Slytherina, bo tam chyba wybierali prefektów losowo, bardzo wątpliwe, że którykolwiek Ślizgon robił cokolwiek na rzecz innych, a nie samego siebie. Takie są fakty.
- Naprawdę? - spytała, szczerze zdziwiona. Owszem, nie uważała na lekcjach profesora Binnsa, ale czy ktokolwiek może się jej dziwić? Potrafiła naprawdę wiele znieść, ale duch przynudzał na nich na tyle, że sama miała ochotę zamienić się w ducha, przelecieć przez jakąś ścianę, byle zwiać jak najdalej z sali lekcyjnej. Podejrzewam, że tą opinię podzielało co najmniej 3/4 uczniów Hogwartu. Nikt nie lubił marnować czasu, a to, co im rzekomo przekazywał, zapewne można było odnaleźć w tomiszczach dostępnych w bibliotece. Nie żeby Dorcas to sprawdzała, ona pewnie ma od tego ludzi, którzy przegrali u niej zakłady, a nie mają już czym zapłacić.
- Łał... - mruknęła cicho, robiąc dramatyczną pauzę, udając, że coś rozważa. - W takim razie wygląda na to, że mam większe szanse na zdobycie tego, czego chcę niż Ty - tutaj uśmiechnęła się ironicznie w kierunku irytującego ją Ślizgona. Gdyby to była każda inna osoba z Hogwartu to może i by ustąpiła, ale cóż.


Cóż, bycie prefektem w Slytherinie było chyba większym przywilejem niż w innych domach. Gryfoni, Puchoni czy Krukoni zazwyczaj mieli jakieś skrupuły i próbowali się dobrze wywiązywać ze swoich obowiązków, pomagając innym i robiąc inne nudne rzeczy, zaś Ślizgoni... W przypadku Ślizgonów w byciu prefektem po prostu chodziło o większą władzę. I o wypasioną łazienkę.
- Zadziwiające, prawda? - zironizował Anthony, przewracając oczami. Nawet jeśli nie uważał zbytnio na lekcjach, miał świetną pamięć, co pozwalało mu zapamiętywać rzeczy, gdy się zbytnio nie skupiał. Była to przydatna umiejętność, nie da się ukryć. Często zapominał, że inni niekoniecznie posiadają takie zdolności i dlatego nie mógł się nadziwić, że ktoś nie wiedział czegoś, co on uważał za oczywiste.
- Nikt nie ma większych szans niż ja, ale cieszę się, że nie udało mi się rozwiać twoich złudzeń. Złamałoby mi to serce - dodał drwiąco. Nudziły go takie przepychanki słowne, ale nie miał zamiaru ustąpić, w końcu miał reputację do utrzymania.


Dorcas zasadniczo również miała dobrą podzielność uwagi i nie musiała nawet wiele się uczyć, by pamiętać sporo rzeczy z zajęć, ale cóż... Historia magii była przedmiotem, który był wyjątkowo nudny przez prowadzącego go ducha. Jeżeli za życia był tak samo "fascynujący" jak po śmierci, to możliwe, że sam siebie zanudził na śmierć.
- Strasznie - przewróciła teatralnie oczami. Ci Ślizgoni byli czasami naprawdę niemożliwi, tacy pewni o swojej zajebistości, że aż miało się ochotę zetrzeć im te głupie uśmieszki z ust. Dorcas z reguły potrafiła się dogadać z naprawdę sporą gamą charakterów, jednak do Ślizgonów nigdy nie pałała zbytnią przyjacielskością i nic nie zapowiada tego, by miało to kiedykolwiek ulec zmianie.
- Z takim wypłoszem w drużynie to masz co najwyżej szansę zdobycia ostatniego miejsca w Quidditchu - stwierdziła, mierząc go wzrokiem i mając oczywiście na myśli to chuchro, co tam za Antkiem stało. Członek drużyny Quidditcha? Dobre sobie! Quidditch to brutalna gra, a ten tam nie wyglądał na takiego, co by mu się udało ją przeżyć.


Niestety, najwidoczniej Hogwart ma duże braki w finansach, skoro zatrudnia kogoś, komu nie musi płacić pensji. Trzeba przyznać, że duch-nauczyciel to duża oszczędność, no i nie trzeba za niego płacić składek na ubezpieczenie.
- Cieszę się, że się zgadzamy - kontynuował niezrażony. Jeśli Gryfonka myślała, że go przegada albo sprowokuje, to była w dużym błędzie. W przeciwieństwie do gryfońskich lwiątek Ślizgoni zazwyczaj najpierw myśleli, a potem robili i Anthony także zaliczał się do tej grupy.
- Rezerwowej drużynie - podkreślił z naciskiem. Tak naprawdę potrzebował tej namiastki zawodnika tylko na wszelki wypadek, gdyby oficjalny pałkarz nie wyzdrowiał do meczu.
Anthony zdecydowanie nie był dziś rozmowny, ale wolał nie wdawać się w zbędne dyskusje, bo jeszcze straciłby cierpliwość, a tego wolałby uniknąć. Liczył na to, że Dorcas znudzi się szybciej niż on i opuści boisko.


Podejrzewam, że gdyby była taka możliwość, to w Polsce uczyłyby same duchy, bo to biedny kraj. Ale fakt, trzymanie ducha jest bardzo ekonomiczne, nie trzeba mu płacić, duch nie zrobi nic głupiego... Same plusy!
- Tak czy siak, takiego to wiatr zdmuchnie szybciej niż zdąży wejść na miotłę - odparła. Drużyna rezerwowych, czy nie rezerwowych, ale jakoś musieli się prezentować. Bez sensu wystawiać w składzie byle kogo, żeby tylko im narobił wstydu. Cóż, Gryfoni mieli o tyle dobrze, że było dosyć sporo ludzi, którzy potrafili grać, a i ich podstawowy skład był w zasadzie zawsze dostępny. Nie musieli się przejmować takimi bzdurami. W każdym razie, podejrzewam, że Dorcas, mimo znudzenia całą tą konwersacją, z czystej przekory i upartości stałaby tam dalej i wkurzała Ślizgona nieustępliwością, jednak na boisku zjawił się Remus, który czegoś od niej potrzebował. A nie mogła przecież odmówić przysługi przyjacielowi, prawda? Dlatego właśnie mruknęła coś pod nosem, posłała van der Cravenowi złowrogie spojrzenie, po czym poszła wraz z Luniaczkiem do zamku.

/zt


Anthony powstrzymał uśmiech, słysząc jej komentarz, bo miała sporo racji. Ktoś taki nie nadawał się na pałkarza, ale niestety, jak się nie ma co się lubi... Obowiązki kapitana zmuszały van der Cravena do tego, żeby jak najlepiej dbał o drużynę, nawet jeśli musiał się zniżać do dodatkowych treningów z takimi słabeuszami.
Szczęście jednak mimo wszystko postanowiło się uśmiechnąć do Anthony'ego, bowiem na boisku właśnie pojawił się Remus Lupin, który najwyraźniej postanowił zabrać ze sobą Dorcas do zamku. Nareszcie Anthony miał boisko tylko dla siebie i pewnie uściskałby za to Lupina, gdyby nie fakt, że z wrogiem bratać się nie należy. Doprawdy, Gryfoni byli tak irytująco prawi i nieustępliwi, że nic dziwnego, że Ślizgoni nienawidzili ich od stuleci. Teraz jednak czas porzucić rozmyślania nad nienawiścią międzydomową i zająć się treningiem, co też Anthony postanowił uczynić. O dziwo na miotle rezerwowy pałkarz radził sobie lepiej niż na ziemi i był trochę mniej irytujący, więc poćwiczyli godzinę i wrócili do zamku.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://marauders.forumpolish.com
 
Dorcas&Anthony #1
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Postaciowo :: Dawne gry-
Skocz do: