IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Bonnie&Evan #1

Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
Admin

Liczba postów : 869
Join date : 05/09/2018

Bonnie&Evan #1 Empty
PisanieTemat: Bonnie&Evan #1   Bonnie&Evan #1 Icon_minitimeCzw Cze 27, 2019 10:55 pm

/ początek


Jak tylko Bonnie dowiedziała się od brata o tym, że ponoć od urodzenia jest zaręczona z Evanem Rosierem, myślała, że wybuchnie. Owszem, zdawała sobie sprawę z tego, że wiele czystokrwistych rodzin tak robi, ale dlaczego jej rodzice również musieli podążyć tym trendem? I dlaczego tylko to ona musiała na tym ucierpieć?! W końcu Antek też był ich dzieckiem i też mogli mu znaleźć jakąś narzeczoną! Zresztą, nie lubiła gdy ktoś jej coś narzucał, a to już był konkretny nakaz, do którego panna van der Craven nie miała zamiaru się stosować. Jak burza wpadła do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, rozglądając się po salonie, kiedy jednak nie dostrzegła swojego "obiektu", podeszła do pierwszego lepszego ucznia i syknęła:
- Gdzie jest Evan Rosier? - zmrużyła lekko oczęta, chcąc pokazać, że nie jest w nastroju do żartów i lepiej dla tej osoby, żeby szybko udzieliła jej odpowiedzi, bo może to być tragiczne w skutkach. Kiedy otrzymała już w miarę zadowalającą ją odpowiedź, pognała do dormitorium chłopców z VI roku i nie bawiąc się w pukanie wparowała do środka, omiatając wściekłym spojrzeniem pomieszczenie, które natrafiło wreszcie Rosiera, rozmawiającego z innym Ślizgonem.
- Wypad stąd. Teraz - rzuciła przez zaciśnięte ze złości zęby do nieznanego jej chłopaka, podchodząc bliżej nich. - Nie będę się powtarzać - ostrzegła, wyciągając różdżkę z kieszeni i trzymając ją w pogotowiu. Cóż, lepiej dla niego, żeby jednak zastosował się do miłej prośby panny van der Craven, bo zawsze może być gorzej.



Evan był właśnie zajęty rozmową ze współlokatorem, gdy nagle drzwi do dormitorium stanęły otworem i oczom wszystkich ukazała się Bonnie van der Craven. Szybko oceniając stan wściekłości dziewczyny, domyślił się, co było na rzeczy, a raczej jaką wiadomość przekazali jej rodzice. Sam wiedział o zaręczynach od wakacji, ale ojciec poprosił go o dyskrecję, dlatego jeszcze z nikim o tym nie rozmawiał. Gdyby mógł wybierać to owszem, sam wolałby zdecydować o tym, kogo poślubi, ale nie sprzeciwiając się woli ojca w tej sprawie mógł liczyć na to, że ten przestanie nalegać, by Evan wstąpił w szeregi śmierciożerców.
Z rozbawieniem obserwował, jak grożąc wszystkim różdżką, Bonnie kazała innym opuścić dormitorium tak, by zostali sami. Nie widział powodu, dla którego trzeba było podchodzić do sprawy tak emocjonalnie.
- Chciałaś ze mną rozmawiać? - spytał, siląc się na powagę.



Bonnie była zła. Ba, ona była wściekła i myślała, że zaraz coś ją rozsadzi od wewnątrz. Nie trudno jej się jednak dziwić, po usłyszeniu takiej wieści. Zwłaszcza, że podejmowanie za nią jakichkolwiek decyzji działało na pannę van der Craven jak płachta na byka. A wkurzona Bonnie, to bardzo zła Bonnie. I chyba zaczynam współczuć każdemu, kto choć spróbuje stanąć jej na drodze, bo może może skończyć jako jedynie plama na ścianie, czy suficie. Kiedy już pozbyła się z dormitorium wszystkich zbędnych patałachów, opuściła różdżkę, wlepiając lekko przymrużone ze złości oczy w Evana.
- Jak długo wiesz? - spytała, przez lekko zaciśnięte zęby. Była pewna, że wiedział o tym już od jakiegoś czasu, skoro nawet ona zdążyła się już o tym dowiedzieć. Choć zważywszy na to, że ponoć byli "zaręczeni" od jej narodzin, to i tak nastąpiło to o parenaście lat za późno... Cóż, to wszystko to jakiś cyrk na kółkach, ot co! I Bonnie nie miała zamiaru się do tego stosować, bez względu na to, co twierdzą na ten temat jej rodzice.


Evan trochę współczuł Bonnie, że znalazła się w takiej sytuacji, ale był zdania, że złoszczenie się i robienie awantur niczego nie zmieni. Ich rodzice zdecydowali o tym już dawno i przez te kilkanaście lat pewnie tylko utwierdzili się w słuszności swojej decyzji, skoro ich zaręczyny nadal były aktualne. Sam Evan wolał już zdecydować się na to małżeństwo, licząc, że tym samym spełni oczekiwania swojego ojca co do bycia wzorowym Rosierem i nie będzie musiał został przydupasem Lorda Brzydka-morda, który na dodatek nie miał nosa.
- Od wakacji - odpowiedział po chwili, zastanawiając się uprzednio czy powinien skłamać, czy nie. Ostatecznie powiedział prawdę, mając nadzieję, że nie będzie go to kosztowało utraty nosa i nie skończy jako kolejny Voldek.


Kobiety w takiej sytuacji zwykle miały gorzej. Choć nie sądzę, by Bonnie kiedykolwiek marzyła o znalezieniu "tego jedynego", ślubie z pompą i tak dalej. Z pewnością była na to zbyt młoda, ale jakoś dookoła niej nie było też przykładów zakochanych, szczęśliwych par, więc Bonnie nawet nie wierzyła w coś takiego jak miłość. Owszem, moża kogoś lubić, trochę z nim pochodzić, żeby było ciekawiej, ale żeby od razu kochać? Nie mówiła tego jednak na głos, bo przecież rodzice tym bardziej wykorzystywaliby to jako argument za tym, żeby jednak wyszła za mąż za Evana. A ona nie miała zamiaru tańczyć jak jej zagrają!
- Od wakacji - powtórzyła po nim. - A więc dowiedziałam się o tym jako ostatnia, cooooraz lepiej - rzuciła z wyraźnie wyczuwalnym sarkazmem. Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, że Evan musiał o wszystkim wiedzieć. Podejrzewała tylko, że był tego świadom od dłuższego czasu.
- I co masz zamiar z tym zrobić? - spytała, krzyżując ręce na piersiach i wlepiając w niego uważne spojrzenie. - Bo JA nie mam zamiaru brać udziału w tym cyrku, ani jak skończę szkołę, ani nigdy - powiedziała stanowczo. Miała naprawdę gdzieś to, że rodzice po jej urodzeniu zawarli jakiś pakt z Rosierami, bo nie ma takiej umowy, której nie można zerwać. I już Bonnie dopilnuje tego, by do tego ich całego ślubu nigdy nie doszło.


Niestety, w ogóle dzieci z czystokrwistych rodzin miały przerąbane. Owszem, zdarzali się rodzice, którzy liczyli się ze zdaniem swoich pociech, ale było to częstsze raczej wśród tak zwanych zdrajców krwi. Dla wszystkich innych liczyły się głównie władza i pieniądze, a także prestiż, jaki wiązał się z wżenieniem się w inną zacną i szanowaną rodzinę.
- Cóż, przypuszczam, że byłoby niezręcznie, gdybym spróbował ci o tym wcześniej powiedzieć, nawet gdybym mógł - stwierdził, zastanawiając się nad tym. Bonnie również była Ślizgonką i była tylko rok młodsza, a on sam dzielił dormitorium z jej bratem, ale nie obracali się raczej w tym samym kręgu znajomych i nie znali się aż tak dobrze, więc jakakolwiek rozmowa o zaręczynach wypadłaby baaardzo dziwnie. Teraz, skoro Bonnie już wiedziała, wszystko się zmieniło.
- Ja? Nic - odpowiedział po prostu. Nie miał ochoty tłumaczyć jej, że jeśli będzie posłusznym synem w kwestii małżeństwa, to może obejdzie się bez nacisków ojca, by został jednym ze sługusów Voldemorta.
- Jak chcesz - stwierdził tylko. On jej nie będzie do niczego przymuszał, bo to raczej rola rodziców ich obojga. - Może powinnaś porozmawiać o tym z rodzicami, teraz kiedy już wiesz - podsunął. Skoro tak bardzo przeszkadzał jej ten pomysł, Evan nie chciał unieszczęśliwiać jej na siłę. Może nie przyjaźnili się ani nic w tym guście, ale odczuwał do niej sporą dozę sympatii.


Właściwie van der Cravenowie byli małżeństwem czystokrwistym, zamożnym i pewnie pieniędzy po rodzicach, a i jeszcze dziadkach starczyłoby Bonnie i Anthony'emu na bogaty byt do końca życia i bez pracy, więc trochę zdziwiło Bonnie, że jej rodzice posunęli się do czegoś takiego. Zwłaszcza za jej plecami. I do tej pory nie byli tak łaskawi, by ją o tym poinformować. Ach, już się nie mogła doczekać aż zrobi im prawdziwe piekło w domu. Niczego innego raczej się po niej nie można spodziewać. Tylko coś takiego może spotkać osobę, która obdziera ją z wolnej woli.
- No tak. Z pewnością gdybym dowiedziała się pięć minut przed tym całym ślubem byłoby mniej niezręcznie - mruknęła, nadal zła na cały świat za to, co ją spotkało. Nieważne jak bardzo niezręczne by to było, Bonnie wolała to, od życia w niewiedzy.
- Jak chcę? - powtórzyła z niedowierzaniem. - Na Merlina, oni Ci wyprali mózg? Nie masz już kompletnie własnego zdania? - spytała, kręcąc głową z niedowierzaniem. Cóż, jej rodzice, jak już wybierali dla niej kandydata na męża mogli chociaż poczekać aż podrośnie i sprawdzić poziom jego inteligencji, bo za robota tym bardziej wychodzić nie miała zamiaru.
- Och, już ja z nimi porozmawiam - dodała tonem wskazującym jasno na to, że urządzi im prawdziwe piekło.


- Zawsze mogłabyś po prostu uciec sprzed ołtarza - stwierdził, wzruszając ramionami. To zawsze pozostawiałoby element zaskoczenia i być może rodzice Bonnie nie zdążyliby zainterweniować i powstrzymać ją przed ucieczką.
- Nie twoja sprawa - uciął szybko, żeby powstrzymać ją od dalszych komentarzy na ten temat. Jego relacje z rodzicami były trudne, ale Evan nie należał do osób, które zwierzają się innym ze swoich problemów i teraz nie miał zamiaru tego zmieniać.
- O, w to to akurat nie wątpię - powiedział, jednocześnie wyobrażając sobie co też Bonnie zgotuje swoim jeszcze nieświadomym tego rodzicom.


- Nie, to zbyt dramatyczne i przewidywalne - odparła, wywracając oczami. Prędzej spaliłaby kościół. Albo go zalała. Albo zrobiła inną paskudną rzecz, dzięki której wyszłoby na jej. A co!
- Najwyraźniej jednak moja - rzuciła, mrużąc lekko oczy. W końcu byli zaręczeni i te sprawy... Nie żeby Bonnie w jakimkolwiek wypadku brała tę sprawę na poważnie! Nie było najmniejszej szansy, że faktycznie podąży losem całej tej farsy. Osobiście nic do Evana nie miała, ale jak już wspominałam, nie znosiła gdy ktoś pozbawiał ją wolnej woli.
- I dobrze - mruknęła jeszcze, po czym nie mówiąc już nic więcej, obróciła się na piętach i wyszła z dormitorium, taranując w drodze jakichś młodszych uczniów.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://marauders.forumpolish.com
 
Bonnie&Evan #1
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Postaciowo :: Dawne gry-
Skocz do: