IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Rosemary&Caradoc #1

Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
Admin

Liczba postów : 869
Join date : 05/09/2018

Rosemary&Caradoc #1 Empty
PisanieTemat: Rosemary&Caradoc #1   Rosemary&Caradoc #1 Icon_minitimeCzw Cze 27, 2019 11:06 pm

/ startujemy! xD


Rosemary do samego końca nie była pewna, czy wstąpienie do Zakonu Feniksa było dobrym posunięciem. Ona i wojna? Trochę to się wykluczało, ale... Po tym jak Caradoc z nią zerwał czuła dziwną pustkę, której w żaden sposób nie potrafiła wypełnić. Uznała więc, że równie dobrze może iść porozwalać jakichś Śmierciojadów - co ma do stracenia? Przy okazji zapewne chciała mieć też na niego oko, bo mimo, że złamał jej serce na pół i dodatkowo podeptał brudnym buciorem, to i tak jej na nim zależało. Co nie oznacza, że miała zamiar to w jakikolwiek sposób okazywać... Bądź co bądź ją zranił i nie miała zamiaru za nim latać, marząc, by jeszcze zechciał ją z powrotem.
Tego dnia dostała wreszcie namiary na kwaterę główną zakonu, postanowiła więc tam pójść i przekonać się jak to wszystko wygląda z bliska. Trafiła więc pod konkretny adres, pokonała wszelkie zaklęcia zabezpieczające, które znając życia Dumbledore nałożył na budynek, żeby nikt niepowołany się do niego nie dostał, po czym weszła do środka i zaczęła wędrować przed siebie, rozglądając się dookoła. Wreszcie dotarła do saloniku, zatrzymując się, po ujrzeniu pewnego osobnika. Kogoś, kogo nie spodziewała się tam spotkać o tej porze. Kogoś, kogo chyba nie była jeszcze gotowa spotkać, ale cóż, stało się. Nie miała zamiaru uciekać jak tchórz! Nie wiedziała co powinna powiedzieć, czy w ogóle powinna coś mówić, więc czekała na jakiś jego ruch.



Caradoc spędzał dzisiejszy dzień, jak zresztą wszystkie ostatnio, w kwaterze głównej Zakonu Feniksa. Poważnie podchodził do całej tej kwestii wojny z Voldemortem. Nigdy nie były mu obojętne sprawy tego typu, zwłaszcza kiedy tyle było do stracenie, gdyby przegrali. Niestety, to sprawiało, że nie mógł sobie pozwolić na to, by mu na kimś zależało. doskonale wiedział, że najłatwiej jest pokonać ludzi, którzy kogoś kochają, bo mają najwięcej do stracenia. Z tego powodu musiał zostawić jedyną dziewczynę, którą kiedykolwiek kochał i chociaż źle mu było z tą świadomością, to przynajmniej mógł spać spokojnie wiedząc, że dzięki temu jest bezpieczna.
Caradoc przeglądał właśnie papiery dotyczące nowych misji, gdy drzwi do saloniku otworzyły się. Zerknął w tamtą stronę i zamarł. Nigdy nie spodziewać się, że zobaczy tu Rosie, jego Rosie. Co prawda nie miał już prawa jej tak nazywać, ale to nie zmieniało faktu, że tak o niej myślał.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał szybko. Ze wszystkich osób na świecie ona nie powinna się tutaj znaleźć.


Jak pech, to pech! Rosemary specjalnie wybrała dosyć wczesną porę na zwiedzanie kwatery zakonu w nadziei, że nie zastanie tutaj Caradoca, jednak jak widać było to tylko pobożne życzenie. Albo Dearborn zaczął tutaj sypiać. Był tak przywiązany do zakonu i myśli o tej całej wojnie, że wyraźnie zaczęło mu się rzucać na mózg, toteż Rosie wcale by się nie zdziwiła, że nie chce opuszczać tego miejsca. I pomyśleć, że sądziła, że tak dobrze go zna...
- Nie śledzę Cię, jeśli o to Ci chodzi - odparła, spoglądając na niego wyzywająco, choć wymagało to od niej niemalże wszystkich sił, żeby być dla niego niemiłą. W końcu dalej jej na nim zależało, nawet, jeżeli nie było to już odwzajemnione. - Tylko się rozejrzę. Nie martw się, nie będę Ci przeszkadzać - dorzuciła, zgodnie ze swoimi słowami zaczynając rozglądać się po salonie, w którym obecnie się znalazła. Pewnie mogłaby teraz przejść dalej, ale tak dawno go nie widziała, że chyba nawet jak był dla niej niemiły, chciała się upewnić, że u niego wszystko w porządku.


- Jeszcze tego brakowało – stwierdził, spoglądając na nią ze złością. Chociaż ucieszył się na jej widok, bo jednak za nią tęsknił, to wiedział, że najlepszym sposobem, żeby zniechęcić ją do Zakonu Feniksa będzie pewna doza wrogości.
- Skoro musisz – mruknął pod nosem. Powinien pewnie powiedzieć coś ostrzejszego, ale ciężko było mu się zmusić, żeby być chamskim wobec Rosie, chociaż to było jedyne wyjście, żeby trzymać ją od tego wszystkiego z daleka. Myślał, że rozstanie wystarczy, ale najwyraźniej nie poskutkowało, tak jak przewidywał.


- To może być dla Ciebie nowością, ale cały świat naprawdę nie kręci się wokół Ciebie - skwitowała, starając się nie pozwolić, by jego wrogość wpłynęła na jej humor. Co cóż, było niemożliwe, bo cała ta jego nagła wrogość bardzo ją raniła. Choć teraz starała się nie dawać tego po sobie poznać. Bo i czemu dawać mu z tego dodatkową satysfakcję?
- Nie Twoja sprawa. Z tego co wiem, to jest kwatera Zakonu, więc nie zachowuj się tak, jakbym wpieprzyła Ci się do domu - rzuciła krótko, bo jego zachowanie zaczynało już być niedorzeczne. Nie chciał z nią być, to zerwał, potrafiła to zrozumieć, jednak skąd brała się cała ta wrogość wobec niej? To było po prostu przykre i chyba po powrocie do domu będzie zmuszona zamelinować się gdzieś w łóżku i rozpaczać w samotności.


- Naprawdę? – udał zdziwienie. – Może powinnaś o tym napisać do Proroka Codziennego? – podsunął wrednie. Rosie najwyraźniej była w bojowym nastroju, więc musiał zadziałać bardziej radykalnie.
- Ależ nie zachowuję się tak, gdyby tak było, to bym cię stąd wyrzucił, a tego nie robię – stwierdził, wzruszając ramionami. – Rozglądaj się, ile ci się żywnie podoba.
Liczył na to, że jeśli zachowa się obojętnie, to Rosie w końcu znudzi się, wyjdzie i nigdy więcej nie wmiesza się w sprawy Zakonu.


- Jakbyś nie zauważył to szmatławiec, więc możliwe, że już o tym pisali - odparła, niezbyt miło. Ale miło wcale być nie miało, jako, że sam Caradoc od razu na nią naskoczył. Najgorsze było to, że cały czas nie wiedziała o co mu tak naprawdę chodzi. W jednej chwili ją kochał, byli razem, a potem nagle zerwał i zachowuje się jak ostatni cham. Kto tak robi?
- Nie żebym potrzebowała Twojego pozwolenia, ale taki właśnie mam zamiar - skwitowała i przez chwilę jeszcze udawała, że faktycznie tak bardzo interesuje ją salon, w którym bądź co bądź nie było zbyt wiele rzeczy, po czym przeszła do innego pokoju. W końcu przyszła tutaj by obejrzeć więcej pomieszczeń niż tylko jeden salon. Tam trochę ochłonęła, a bynajmniej tak jej się wydawało, bo chyba tak czy siak będzie jej trudno przywyknąć do wrogiego nastawienia Caradoca.
- To już chyba wszystko - oznajmiła, wracając znów do salonu. Niby nie musiała nic mówić, jednak to jakoś samo z niej wyszło.


- Ach, jakaż cięta riposta, bardzo ładnie – powiedział ze sztuczną pochwałą w głosie. Nigdy nie należał do specjalnie wrednych osób, co nie znaczyło, że nie potrafił taki być, gdy zaszła taka potrzeba.
- Miłej wycieczki – stwierdził tylko i wrócił szybko do swoich papierów, udając, że nie zauważa już obecności Rose i że ma ważniejsze sprawy na głowie. Dziewczyna najwyraźniej załapała aluzję, bo wyszła. Nie było jej jakiś czas, po czym wróciła z powrotem do salonu.
- Dobrze, chyba znajdziesz sama drzwi, czy cię odprowadzić? – spytał szybko, czując nadciągającą chwilę słabości i próbując jej zaradzić. Miał nadzieję, że tym razem skutecznie ją odstraszy, nawet jeśli to maiło oznaczać, że jej więcej nie zobaczy. Najwyraźniej Rose miała już go dosyć, bo nie powiedziała już nic więcej, tylko opuściła kwaterę.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://marauders.forumpolish.com
 
Rosemary&Caradoc #1
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Postaciowo :: Dawne gry-
Skocz do: