IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Rosemary&Caradoc #2

Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
Admin

Liczba postów : 869
Join date : 05/09/2018

Rosemary&Caradoc #2 Empty
PisanieTemat: Rosemary&Caradoc #2   Rosemary&Caradoc #2 Icon_minitimeCzw Cze 27, 2019 11:07 pm

/Żeby nie wciskać obu szipów w jeden temat, zaczynam tutaj! Ale uznajemy oczywiście, że oni też są w salonie, gdzie znajduje się imprezka.


Rosie wcale nie miała ochoty na świętowanie. Dalej cierpiała przez to, że Caradoc jest dla niej taki chamski i to zupełnie bez powodu! Zupełnie nie rozumiała jego zachowania i choć próbowała sprawiać pozory, że już jej to nie rusza, w środku i na osobności najchętniej cały czas by ryczała. Zgodziła się pójść tylko z dwóch powodów: żeby nie siedzieć w domu i się nie depresjonować, no i bo sądziła, że Caradoca tam nie będzie. W końcu nie był on aurorem, a należał do Zakonu Feniksa i to trochę dwie różne sprawy, nie? W dodatku zaprosił ją nowy znajomy, z którym całkiem dobrze jej się gadało i po części odciągał jej myśli od bardziej przykrej sprawy. Siedzieli akurat na jednej z kanap, rozmawiając i śmiejąc się z dowcipu, który opowiedział jej Carmichael, gdy poczuła na sobie czyjś wzrok. Gdy spojrzała w tamtym kierunku, dostrzegła Dearborn'a. No tak, mogła się tego spodziewać... Powróciła wzorkiem do swojego towarzysza, starając się ignorować Caradoca. Niech sobie nie myśli, że może jej tak bezkarnie psuć humor. Nie da mu tej satysfakcji po raz kolejny.


Caradoc nie był zbytnio w nastroju do żadnego świętowania. W końcu jakby nie patrzeć na zewnątrz toczyła się wojna. Może jej skala nie była jeszcze wielka, ale zawsze istniało zagrożenie. Z drugiej jednak strony rozumiał ludzi, którzy chcieli się dobrze bawić, póki jeszcze mieli czas. Postanowił odpuścić sobie na jeden wieczór i przyjął zaproszenie swoich przyjaciół na imprezę w kwaterze aurorów. Na miejscu jednak zrozumiał, że nie był to najlepszy pomysł, bowiem jego oczom ukazała się Rose, która co więcej, nie była sama. Towarzyszył jej Christian Carmichael, którego Caradoc znał z widzenia. Dearborn poczuł ukłucie zazdrości. Mimo że robił to dla jej dobra, zerwanie z Rose nie należało do łatwych, a tym bardziej ciężko mu było oglądać ją z kimś innym. Zresztą, nie podobało mu się, że Carmichael był aurorem, wielu z nich przecież również należało do Zakonu Feniksa, więc... To właśnie przed takim niebezpieczeństwem Caradoc chciał ochronić Rosie, a jak widać, nie szło to po jego myśli. Na razie jednak postanowił nie reagować, wbił tylko zawzięte spojrzenie w pannę Summerbee i jej towarzysza. Wychodziło na to, że to oni będą jego rozrywką tego wieczora.


Rosie chciała się choć na trochę oderwać od myślenia o Dearbornie, a tu proszę, gdzie nie pójdzie, tam on jest. Przypadek? Nie sądzę! No, ale nie miała zamiaru dać się tak łatwo sprowokować, więc starała się go ignorować, zaciekle dyskutując o czymś z Christianem. Nie wiem czy były to jakieś aktualne informacje, pogoda, czy też Quidditch, ale wszystko lepsze, niż siedzenie i wpadanie w depresję, prawda? Popijała Ognistą whiskey, pomachała do jakiejś znajomej osoby i specjalnie omijała wzrokiem miejsce, w którym stał Caradoc. O. Niech sobie tam stoi i gnije, wredota jedna!


Caradoc miał cichą nadzieję, że takie bezczelne gapienie się wywoła jakąś reakcję ze strony Rose, a ściślej - wkurzy ją i sprowokuje do jakiegoś działania. Wtedy miałby pretekst, żeby z nią porozmawiać i wyperswadować jej wszelkie koligacje z Zakonem Feniksa czy też aurorami. Niestety, póki co nie odniósł skutku, postanowił więc spróbować innej metody. Podszedł do stołu, który pełnił rolę barku z alkoholami i wziął jakiś podejrzanie krwistoczerwony napój. Do jego planu nada się idealnie. Dzierżąc w ręku szklankę, skierował się w stronę Rose i Carmichaela, po czym "przypadkowo" wylał zawartość szklanki wprost na koszulę aurora.
- Ojej, ależ ze mnie niezdara - mruknął, niby to skruszony, ale z trudem powstrzymywał uśmiech satysfakcji.


Może gdyby tam siedziała sama, to szybciej dałaby się sprowokować, ale miała z kim gadać, to starała się raz - skupiać na rozmowie i dwa - nie robić siary, że stoi i się wydziera na swojego byłego. No, ale jak widać, Dearborn obrał sobie za cel uprzykrzanie jej życia i nie dał tak łatwo za wygraną. Kiedy Rosie go zignorowała i zajęła się rozmową, ten po paru chwilach bezczelnie wylał na Christiana jakiś czerwony napój.
- COŚ TY NAROBIŁ?! - warknęła w jego stronę, wstając z kanapy zaraz za Carmichael'em. - Myślisz, że jesteś zabawny? To pomyśl jeszcze raz! - rzuciła wkurzona, drążąc spojrzeniem dziury w Caradocu. Cóż, dążył do tego, żeby ją wkurwić, to ma co chciał.


Cóż, Caradoc dostał, czego chciał, chociaż wątpię, żeby furia Rose była tym, co zamierzał osiągnąć. Owszem, chciał, żeby trochę się wkurzyła, ale najwidoczniej nie docenił swoich zdolności doprowadzania ludzi do szału.
- Od razu co narobił - mruknął, wzruszając ramionami. - Nie słyszałaś o wypadkach? U Ciebie w laboratorium pewnie o nie łatwo. Nigdy żaden eliksir Ci się nie rozlewa? - dorzucił, usiłując znaleźć pseudologiczne argumenty.
Tymczasem jego "ofiara" ulotniła się do łazienki, zapewne żeby pozbyć się plamy. Co prawda można było rzucić na to jakieś zaklęcie, ale widocznie w ferforze tego incydentu Carmichael o tym nie pomyślał. Cóż, tym lepiej dla Caradoca.


Właściwie, to Rosie nie była osobą, którą łatwo dało się wyprowadzić z równowagi. No, ale Caradoc to Caradoc i bolało ją to, że z nią zerwał i tak paskudnie się w stosunku do niej zachowywał. No, ale dość się już przez niego napłakała i niestety jak nie płakała, to musiała się drzeć. Nie chciała mu dać aż takiej satysfakcji.
- Nie, bo znam się na swojej robocie - skwitowała. Proszę cię, Rosie to profesjonalistka i gardziła syfem, więc zawsze musiała mieć porządek, zwłaszcza w miejscu pracy. - Czego Ty ode mnie chcesz? Nie możesz zostawić mnie w spokoju? - spytała, kiedy zauważyła, że Carmichael się ulotnił, najpewniej sprać plamę, no i żeby nie przeszkadzać im w kłótni. Świetnie, jak tak dalej pójdzie to Summerbee zostanie całkiem bez znajomych...


- No cóż, skoro tak mówisz - skwitował tylko. Dobrze wiedział, że Rosie była dobra w tym, co robiła, ale nie przyszedł tutaj po to, by jej prawić komplementy.
- Nie wiedziałem, że gustujesz w imprezach z aurorami - powiedział, ignorując jej pytanie. Nie spodziewał się jej tutaj, ale skoro już się spotkali, to równie dobrze mógł wykorzystać tę okazję, by jeszcze bardziej ją odsunąć od wszelkich kwestii walki ze śmierciożercami. - Chyba, że liczyłaś na to, że mnie tutaj spotkasz - zasugerował bezczelnie, licząc że jeszcze bardziej ją do siebie zniechęci. - W końcu wszyscy wiedzą, jak ostatnio trzymam się z ludźmi z tego wydziału - dodał. Liczył na to, że Rose zacznie ich unikać, jeśli zda sobie sprawę, że może tam na niego wpaść.


- A co, aurorzy to niby jacyś inni? Czarodzieje jak my wszyscy - nie rozumiała o co mu w tym momencie chodziło. Oj, gdyby tylko wiedziała dlaczego on się tak zachowuje, od razu wybiłaby mu z głowy ten durny pomysł.
- Przyszłam z nowym znajomym. Nie schlebiaj sobie - odparła, starając się zabrzmieć jak najbardziej chłodno. Chociaż było ciężko, przecież cały czas go kochała. Nawet, jeżeli he was like the biggest jerk on planet.
- Ale skoro tak bardzo trzymasz z aurorami, to może idź do swoich nowych znajomych i zostaw mnie w spokoju? - zaproponowała wspaniałomyślnie. Chciała się go stamtąd pozbyć, bo już samo patrzenie na niego bolało. A nie chciała pokazywać, że dalej miał na nią taki wpływ.


- Cóż, nie spodziewałem się, że gustujesz w takim dreszczyku emocji - powiedział, niby to obojętnie. - Nigdy niewiadomo, kiedy można oberwać śmiertelną klątwą, aurorzy zdają się je przyciągać - dodał niby to od niechcenia, licząc na to, że może to ją zniechęci.
- Tak? Jakoś go nie widzę u Twojego boku - powiedział, uśmiechając się pod nosem. Caradoc był naturalnie przyczyną takiego stanu rzeczy, ale najwidoczniej chciał sobie dziś zapracować na tytuł króla bezczelności.
- Pewnie bym tak zrobił, ale jakby to subtelnie powiedzieć - wkroczyłaś na mój teren - powiedział z czarującym uśmiechem, licząc że Rose załapie aluzję.


- Umiem o siebie zadbać - nie była małą, bezbronną dziewczynką. Była czarownicą, znała wiele zaklęć, którym mogła innym dokopać. Nie bez powodu dostała się do Zakonu Feniksa, prawda? Oczywiście już poza umiejętnością tworzenia eliksirów. ale jeśli kiedyś miałaby oberwać przez to śmiertelną klątwą, to... na dobrą sprawę nic mu do tego.
- No ciekawe dlaczego - mruknęła niemiło. - Zresztą, chyba sama pójdę go zaraz poszukać. Bez koszulki na pewno wygląda jeszcze lepiej, więc kto wie, może jeszcze Ci podziękuję - uśmiechnęła się do niego sztucznie. Rosie dalej była tą kochaną Rosie, ale musiała chociaż udawać twardą, a to czasami nawet dobrze jej wychodziło.
- Twój teren? Nie rozśmieszaj mnie - prychnęła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://marauders.forumpolish.com
 
Rosemary&Caradoc #2
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Postaciowo :: Dawne gry-
Skocz do: