IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Louise&Florian #1

Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
Admin

Liczba postów : 869
Join date : 05/09/2018

Louise&Florian #1 Empty
PisanieTemat: Louise&Florian #1   Louise&Florian #1 Icon_minitimeCzw Cze 27, 2019 11:08 pm

Louise, zainspirowana odważnym planem siostry bliźniaczki, poczuła nagle przypływ weny. To nic, że pisany przez nią artykuł nie miał ze sprawami sercowymi nic wspólnego, liczyła się sama idea, która najwyraźniej podziałała na Rosierównę dosyć wenogennie. Wreszcie udało jej się skończyć znienawidzone zadanie, które dosłownie od kilku dni śniło jej się po nocach. Na dodatek, wyrobiła się z nim tak sprawnie, że zdąży jeszcze podrzucić artykuł do redakcji przed zamknięciem nowego wydania. Postanowiła od razu wyruszyć w drogę. Jako że nienawidziła teleportacji, a sieć Fiuu w redakcji przechodziła generalny remont, pozostawało jej udać się tam na piechotę, w końcu miała całkiem blisko. Postanowiła skrócić sobie drogę, idąc przez Nokturn. Niestety, ponieważ Louise była czarownicą, nikt nie nauczył jej mugolskiego porzekadła, iż kto drogę skraca, ten do domu nie wraca... Nagle na drugim końcu uliczki wyrosła przed dziewczyną rosła, ciemna postać, która zdecydowanym krokiem ruszyła w jej stronę, powoli wyciągając różdżkę. Louise zaczęła się cofać, jednocześnie sięgając po różdżkę do wewnętrznej kieszeni płaszcza i w tym momencie jej zdradziecki obcas zaklinował się między poluzowanymi płytami chodnika i Lou runęła do tyłu.
- Kurwa, pięknie - przemknęło jej przez myśl. Tak to już jest, kiedy chce się zaoszczędzić na czasie.
Postać tymczasem była już całkiem blisko, obwieszczając swoje nadejście paskudnym smrodem.
- No no, kogo my tutaj mamy - przemówił ów osobnik, niskim, przepitym głosem, podtykając jej swoją różdżkę pod gardło. Nie widziała jego twarzy, która była ukryta w obszernym kapturze, ale mogła się założyć, że to jeden z obskurnych wielbicieli trunków i niewinnych dziewic, których pełno mieszkało tutaj na Nokturnie. Jego pojawienie się nie zwiastowało niczego dobrego, tego mogła być pewna.


Tego dnia Florian odbywał wyjątkowo nużący dzień. Jeżeli ktokolwiek myślał, że kręcenie ludziom lodów sprawia mu najmniejszą przyjemność musiał mieć bliskie spotkanie z tłuczkiem. Bo co fascynującego może być w podawaniu innym lodów? Nic. Pewnie wiele osób pytało już Floriana o cel, czy też powód utworzenia tego lokalu, na co sam zainteresowany odpowiadał jakimś zgrabnym kłamstwem. Bo przecież nie wyjawi nikomu, że tak naprawdę ten jego cały biznes jest tylko przykrywką do jego innych interesów i rzeczy, które robił. Bo kto podejrzewałby o cokolwiek tego kochanego pana, sprzedającego małym dzieciom lody? Otóż to! W każdym razie, Florian miał jużna ten dzień dość ślęczenia w lodziarni, więc kiedy tylko przyszedł jego zmiennik, którym był niedawno zatrudniony pracownik, który czasami pomagał mu w sklepie, gdy sam Florian musiał udać się w podróż, czy też po prostu nie miał czasu, udał się gdzieś przed siebie. W średnio szybkim tempie przemierzał ulicę Pokątną, jednak tłum ludzi, z entuzjazmem udających się do kolejnych sklepów i tylko blokujących innym przechodniom drogę. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i z pewną dozą niechęci postanowił skręcić w Nokturna, uznając, że szybciej dostanie się na miejsce. Wtedy jego oczom ukazał się zakapturzony mężczyzna, grożący różdżką jakiejś blondynce. Nie kojarzył jej, ale z reguły nie popierał takiego zachowania wobec kobiet (wyjątkiem są jedynie Śmierciożerczynie, ale one są właściwie rzadkością, bo zwykle przyjmują w szeregi Voldemorta mężczyzn). Przez chwilę, podczas której pozostał niezauważony, gdyż na uliczce było stosunkowo ciemno, zawahał się co powinien zrobić. Ostatecznie jednak postawił na swoją pierwszą myśl, robiąc kolejny, większy krok do przodu, jednocześnie wyciągając różdżkę z wewnętrznej kieszeni szaty i celując nią w mężczyznę.
- Expelliarmus! - rzucił najpierw, chcąc rozbroić mężczyznę, a potem dodał do tego kolejne zaklęcie, które odrzuciło go kilka metrów dalej tak, że walnął w najbliższą ścianę budynku i stracił przytomność. Ups? Florian opuścił różdżkę, w razie czego wciąż jednak trzymając ją w pogotowiu w dłoni. Cóż, może nie postąpił zbyt mądrze ratując niewiastę z opałów, ale miał nadzieję, że jego "głupota" się na nim nie zemści.
- Wszystko w porządku? - upewnił się, podając dziewczynie wolną dłoń, by mogła podnieść się z ziemi.


W ciągu kilku krótkich chwil Louise zdążyła ze sto razy przekląć w myślach swoją głupotę i niechęć do teleportacji, chociaż na żale było już troszeczkę za późno. Gorączkowo próbowała ocenić swoją sytuację i znaleźć z niej jakieś rozsądne wyjście. Była przecież za młoda, żeby umierać, miała tyle do zrobienia, nie wiedziała jeszcze, jak udał się podstępny plan Pru z Alexem, a na dodatek o tej porze roku pogrzeb nie byłby tak wystawny jak na przykład w lecie. Co jak co, ale Rosierowie nie mogli sobie pozwolić na ubogi pogrzeb, to nie uchodzi.
Louise nerwowo zerknęła na swojego napastnika, którego różdżka niezbyt subtelnie wbijała jej się w gardło. Mogła spróbować kopnąć go w niewymowne miejsce, chociaż brzydziła się chociażby go dotknąć. Zanim jednak zdążyła podjąć jakąś decyzję, stało się coś nieoczekiwanego, a mianowicie w alejce pojawił się jakiś mężczyzna i szybkim zaklęciem rozbrajającym rozprawił się z napastnikiem Louise. Dziewczyna z satysfakcją obserwowała jak ów obleśny typ poderwał się do góry i przywalił w jedną ze ścian budynku, po czym osunął się po niej, najwyraźniej tracąc przytomność. Tymczasem jej wybawiciel zbliżył się do panny Rosier.
- Tak, myślę, że tak - odparła, chwytając jego dłoń i podnosząc się z ziemi. Zmierzyła go uważnym spojrzeniem. Cóż, musiała przyznać, że widok był przyjemny dla oka.
- Dziękuję - dodała, bo w końcu było za co, i posłała mu swój najbardziej czarujący uśmiech.


Przez krótką chwilę Florian zastanawiał się, czy faktycznie dobrze postąpił wtrącając się nie w swoją sprawę. Na dobrą sprawę nie wiedział nic o dziewczynie, którą chwilę wcześniej uratował, ani o obleśnym facecie, który groził jej różdżką. Kto wie, może czymś sobie na to zasłużyła? Czasy nie były już tak bezpieczne jak dawniej, trzeba było bardziej na siebie uważać, a najlepiej mieli się Ci, którzy żyli własnym życiem, nie wchodząc innym w drogę. Taką zasadę zwykle stosował Florian. Miał oczywiście jakieś swoje interesy, ale ich się trzymał, przez co nie zdążył narobić sobie większych wrogów.
No ale cóż, co się stało, to się nie odstanie. Na jej podziękowanie tylko kiwnął głową. Bo cóż innego miał powiedzieć?
- Znasz go? - spytał, skinąwszy głową w kierunku nieprzytomnego gostka, leżącego parę metrów dalej. Można rzec, że tak z czystej ciekawości.
- Nie powinnaś sama szwendać się po tej ulicy. Za dużo podejrzanym typów - stwierdził. Nie żeby miał zamiar ją tu teraz pouczać, ale cóż, mogła być nowa w tym miejscu i zwyczajnie nie wiedzieć, że po tej ulicy kręcą się zwykle same typy spod ciemnej gwiazdy.


Louise mogłaby się poczuć trochę urażona jego pytaniem, w końcu dobrze wychowane panienki raczej nie utrzymują znajomości z takimi typami, ale dobrze wychowane panienki nie włóczą się po Nokturnie, więc tutaj mogła powstać wątpliwość.
- Nie, widzę go pierwszy raz w życiu - odparła zgodnie z prawdą. - I mam nadzieję, że ostatni - dodała, wzdrygając się z obrzydzeniem. Naprawdę, miała wysoką tolerancję na paskudne widoki, ale jeśli te widoki były na dodatek śmierdzące, to już trochę przekraczało granice odporności Louise.
- Tak, tak, byłam głupia - przyznała. - Zachciało mi się skracać drogę. Lenistwo, wstręt do teleportacji, nadmierna wiara we własną różdżkę, takie tam - dodała, zdając sobie sprawę, że papla trochę bez sensu. Ogarnij się Louise, wdech-wydech. Prawdopodobnie adrenalina uderzyła jej do głowy.
- Ale dziękuję jeszcze raz, mojej siostrze pewnie byłoby przykro, gdyby musiała zeskrobywać moje zwłoki z uliczki w Nokturnie. Nie lubimy mieć brudu za paznokciami, myślę że to rodzinne - stwierdziła, nieco zbyt pogodnie jak na okoliczności. Sama nie wiedziała, czemu tyle gada, to nie było zbytnio w jej stylu.


Florian zapytał ją o to z czystej ciekawości. Chciał upewnić się, że jednak nie była jakąś dłużniczką paskudnego faceta, która zwyczajnie zasłużyła sobie na to, by ją napadnięto. Czyli jednak dobrze zrobił. Zresztą, pewnie szkoda by mu było takiej pięknej kobiety, tak swoją drogą...
- Rozumiem - odparł, uśmiechając się lekko, ledwie zauważalnie. Nigdy nie był wielkim entuzjastą okazywania radości, ani pochodnych tych odczuć, więc w jego przypadku to było już właściwie maksimum!
- W porządku - pokiwał głową. Zawsze był zdania, że to "nie ma za co", które ludzie zwykli mówić w takich przypadkach jest głupie. W końcu nikt o zdrowych zmysłach ie dziękuje za nic, prawda?
- Zaiste, brud za paznokciami to prawdziwa tragedia - rzucił, z dosyć nietypowym dla niego, lekkim rozbawieniem w głosie. - Następnym razem polecam jednak teleportację. Jest o wiele wygodniejsza niż się wydaje - zawsze lepsze to, niż bycie zwłokami przyklejonymi do chodnika w obskurnej alejce. A i Pru oszczędziłaby problemów i narzekania. Win-win!


Pewnie gdyby wiedział, że Louise jest Rosierówną, domyśliłby się, że raczej nie musiałaby zawierać układów z obleśnymi typami. No, ale skąd mógł wiedzieć, normalnych ludzi prawie nie można było spotkać na Nokturnie, więc...
- Jest straszny, trzeba rzucić zaklęcie czyszczące co najmniej trzy razy żeby wszystko dokładnie zniknęło - stwierdziła z niezadowoleniem. Gratulacje, Louise, właśnie stoisz i prowadzisz rozmowy o brudzie zza paznokci z przystojnym nieznajomym. Twoja matka na pewno zaczęłaby wyrywać sobie włosy z głowy, widząc taki brak ogłady.
- Nie znoszę teleportacji - stwierdziła z dziecięcym uporem. - Zawsze mam wrażenie, że moje części ciała nie wrócą do poprzedniego kształtu, a jestem do nich dosyć przywiązana - dodała, mając nadzieję, że wychodzi raczej na zabawną niż irytującą. Naprawdę, powinna zażyć jakiś eliksir na te słowotoki.


Florian nie był aż tak obeznany w ludziach, których rzekomo powinien znać. Tych, z którymi prowadził interesy kojarzył, całą resztę uważał za zbędną. Po co zawracać sobie głowę mało istotnymi informacjami?
- Widzę, że jesteś bardzo obeznana w tym temacie - zauważył. Chyba nie chciał pytać się ile razy już zdrapywała coś, bądź kogoś z chodnika, że miała te paznokcie aż tak brudne... Niewiedza jest błogosławieństwem.
- To się zdarza głównie wtedy, jak się nie potrafi jej umiejętnie przeprowadzić - odparł. On sam często korzystał z teleportacji, bowiem sieć Fiuu uważał za zbyt plebsową, a chodzenie z buta z każde miejsce byłoby zwyczajnie męczące. Od czegoś w końcu posiadł tak cenną umiejętność, dlatego miał zamiar korzystać z niej kiedy tylko mógł.
- W innym wypadku raczej nie ma się czego obawiać - dodał, spoglądając na nią ukradkiem. Nie chciał zbyt perfidnie się w nią wpatrywać, bo byłoby to co najmniej dziwne.


Louise interesowała się tylko ludźmi, którzy mogli jej się do czegoś przydać. Chociaż i tak była zdania, że najbardziej przydatne są domowe skrzaty - wystarczy pstryknąć palcem, a te już są gotowe, żeby ci usłużyć. Całkiem wygodne.
- Lata praktyki - wyjaśniła, czując się trochę zmieszana przez poruszanie takich tematów. Zazwyczaj bywała ciekawszym rozmówcom, ale biorąc pod uwagę okoliczności, mogła poradzić sobie gorzej. Brud za paznokciami w końcu był lepszym tematem niż np. smarki z nosa papcia Voldzia.
- Pewnie masz rację. Chyba jestem zbyt przywiązana do mioteł jako źródła transportu - stwierdziła, zastanawiając się nad tym. - Ale tylko kretyn latałby na miotle do pracy, kiedy mieszka niedaleko - dodała. W końcu jeszcze tego by brakowało, żeby ludzie lampili się na nią, gdy unosiłaby się na miotle nad ulicą Pokątną.
- Tak, chyba tak - zgodziła się trochę niezręcznie. Nie bardzo wiedząc, co dalej ze sobą zrobić, zerknęła na zegarek. Nagle przypomniała sobie, że została jej tylko godzina do zamknięcia wydania i powinna jak najszybciej znaleźć się w redakcji.
- Oj, chyba muszę lecieć - stwierdziła z żalem, mając nadzieję, że nieznajomy nie uzna tego za wymówkę, którą wymyśliła, żeby tylko zwiać. - W każdym razie, miło było - powiedziała, uśmiechając się i powoli wycofując się z alejki.
- Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy - dodała na odchodne. - I jeszcze raz dzięki.
Prawdopodobnie powiedziała mu to już trzeci raz w ciągu ich spotkania, ale kto by się tym przejmował. W końcu dzięki niemu uniknęła rozsmarowania na chodniku. Rzuciła mu jeszcze ostatnie spojrzenie, po czym oddaliła się w kierunku redakcji Proroka.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://marauders.forumpolish.com
 
Louise&Florian #1
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Postaciowo :: Dawne gry-
Skocz do: