IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Alvena&Vittorio #2

Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
Admin

Liczba postów : 869
Join date : 05/09/2018

Alvena&Vittorio #2 Empty
PisanieTemat: Alvena&Vittorio #2   Alvena&Vittorio #2 Icon_minitimeCzw Cze 27, 2019 11:06 pm

/ nowy wątek /


Dzień zaczął się zupełnie zwyczajnie. Alvena zjadła śniadanie, ogarnęła się na tyle, by być zdatną do pokazania się w publicznym miejscu, po czym ruszyła do pracy. Jak zwykle miała ręce pełne roboty, jak widać czarodzieje starają się o to, by jednak uzdrowiciele dobrze zarabiali. Nie narzekała jednak, bo i tak nie miała nic ciekawszego do roboty. Siedzieć w domu, sprzątać i użalać się nad tym, że nadal nikogo sobie nie znalazła? To nie byłoby w jej stylu. Dlatego właśnie panna Diggory zamiast narzekać, wzięła się do roboty. Miała mieć akurat przerwę, aby trochę odpocząć w swoim gabinecie, gdy nagle drzwi się otworzyły i do środka weszło dwóch dorosłych mężczyzn. Alvena w myślach pogardziła ich brak kultury osobistej, jednak nim zdążyła spytać dlaczego właściwie wtargnęli do niej bez pytania, zaczęli przeszukiwać jej gabinet.
- Co panowie robią?! - spytała, podniesionym tonem głosu, ale widząc jak robią jej syf na kółkach, gdzie za parę minut miała zapewne kolejnego pacjenta, nie mogła stać bezczynnie i się temu przypatrywać. Kiedy zignorowali jej pytanie, wyjęła różdżkę z kieszeni i strzeliła w jednego z nich zaklęciem, które odrzuciło go pod drzwi. Widząc to drugi mruknął coś o tym, że "dostali skargę i są z Ministerstwa". Zmarszczyła lekko brew. O co tutaj mogło chodzić? Nagle, jakby tego było mało do gabinetu wszedł Vittorio Zabini, mężczyzna, którego poznała całkiem niedawno w tym samym miejscu.


Vittorio już wiedział, że ten dzień będzie zaliczał do udanych. Od ich pierwszego spotkania urocza pani uzdrowiciel nie opuszczała jego myśli, a dzisiaj miał ją zobaczyć ponownie. Tak, wszystko zapowiadało się pięknie. Jak to dobrze, że udało mu się wpaść na pomysł kontroli. Gdyby nie to, pewnie musiałby znowu zatruć się jakimś wynalazkiem Carlotty, żeby wylądować w gabinecie Alveny, ale wtedy wyszedłby na kogoś niespełna rozumu, co nie potrafi nawet o siebie zadbać. Nie, takie wrażenie nie wchodziło w grę. Tak, zdecydowanie kontrola była idealnym pomysłem. Punkt dla ciebie, Vitt!, pogratulował sobie Zabini w myślach, w końcu samodoping jest jednym z elementów każdego sukcesu.
Gdy dotarł do Munga, pokręcił się trochę pod gabinetem Alveny. Z dobiegających dźwięków mógł wywnioskować, że jego ludzie już dotarli na miejsce i zabrali się do pracy. Kulturalnie zapukał do drzwi, w końcu nie był jaskiniowcem, po czym wkroczył do środka.
- Dzień dobry – rzucił z radosnym uśmiechem na widok Alveny, zaraz jednak zbeształ się mentalnie i spoważniał. Bądź co bądź, powinien zachowywać się profesjonalnie.
Nagle zdał sobie sprawę, że chyba na czymś stoi. Zerknął w dół - owo coś okazało się być ręką jednego z kontrolerów. Zdał sobie sprawę, że musiało to być dzieło Alveny. Ach, nie dość, że piękna, to jeszcze jaka utalentowana! Och, Vittorio czuł, że tym razem wpadł po uszy. Nie ma nic lepszego od kobiety z temperamentem!


Alvena liczyła na kolejny, dosyć żmudny dzień w pracy, a tu proszę, kto by pomyślał, że czekają ją takie "atrakcje". Nie wiedziała jakim prawem ci faceci wtargnęli do jej gabinetu, chociaż to jeszcze mogła zrozumieć, o wiele gorsze było to, że zaczęli go przetrząsywać! I kiedy ona to wszystko posprząta?! Bo cóż, skoro ten syf zaczęli robić, to nie liczyła na to, że go posprzątają.
- Zostaw to do cholery! - warknęła, celując w drugiego z mężczyzn różdżką i właśnie w takim stanie zastał ją Vittorio. - Dla mnie nie za dobry - mruknęła, nie zwracając nawet uwagi na to, że Zabini całkiem przypadkiem podeptał jakiegoś człowieka. W tej chwili chciała tylko pozbyć się ich z gabinetu, żeby szybko posprzątać ten bajzel. Jedno szczęście, że były od tego zaklęcia, bo w przeciwnym wypadku musiałaby sobie inaczej z nimi pogadać...
- Pan też przyszedł żeby zrobić mi bałagan? - spytała, lekko mrużąc oczy, kiedy przeniosła na niego swój wzrok. - O co tutaj w ogóle chodzi? - spytała, opuszczając różdżkę. Alvena potrafiła naprawdę wiele zrozumieć, ale ta sprawa mocno jej śmierdziała. Od kiedy to ministerstwo pcha się do spraw szpitala? Albo do niej osobiście? W końcu wykonywała swoją pracę jak należy!



Vittorio poczuł się trochę zbity z tropu zachowaniem Alveny. Miał cichą nadzieję, że chociaż trochę ucieszy się na jego widok, ale prawdopodobnie okoliczności w jakich się spotkali nie nastrajały pozytywnie. On pewnie też by stracił ochotę na miłe interakcje, gdyby ktoś wpadł mu do domu i zaczął go demolować. Co gorsza, co by się stało, gdyby zdemolowali jego fortepian? Nie, to nie wchodziło w grę. Hmm, czyżby jednak jego plan nie był taki genialny, jak mu się na początku wydawało? Chociaż, widok Alveny grożącej różdżką drugiemu z kontrolerów sprawił, że krew zaczęła mu szybciej krążyć... Tak, eliksir Carlotty mimo antidotum Alveny chyba poczynił spustoszenie w jego mózgu.
- Ja? - spytał, zerkając dla pewności przez ramię, jednak nikogo tam nie zobaczył. - Nie, nie, broń Merlinie. Przepraszam za nich, są tacy nieokrzesani - dodał, mając na myśli kontrolerów.
- Rutynowa kontrola - wyjaśnił, słysząc jej pytanie. - Standardowe procedury Ministerstwa - dodał jeszcze. Gdyby ktoś urządził konkurs na bezsensowne rzucanie urzędniczo-prawniczymi zwrotami, Vittorio zgarnąłby wszystkie miejsca na podium.



Nie trudno się raczej dziwić, że Alvena nie była w nastroju na cieszenie się z wizyty, kiedy w tym samym czasie jakieś buraki przetrząsywały jej gabinet. Czyżby dzisiaj była pełnia księżyca, że w ludziach budziły się ukryte zwierzęta? Najchętniej wywaliłaby ich za drzwi, zamelinowała się w środku i wszystko poukładała, ale jako, że faktycznie byli (dość nieogarnętymi, ale jednak) pracownikami ministerstwa, niestety nie mogła sobie na to pozwolić. Już i tak może jej się oberwać za to, że jednego potraktowała niezbyt miłym zaklęciem. Niemniej jednak uważała, że mu się należało!
- Zdążyłam zauważyć - odparła, widząc, że drugi wycofał się gdzieś do wyjścia, próbując ocucić swojego współpracownika. Widać albo nie chcieli oberwać gorszą klątwą, albo chociaż Zabini miał nad nimi jakąś kontrolę. Jedno dobre!
- Nie wiedziałam, że kontrole przewidują robienie bałaganu - odparła, krzyżując ręce na piersiach. Coś jej tutaj nie pasowało, ale skoro tak mówił, to nie widziała powodu, dla którego miałby to wszystko wymyślić. - Wystarczy zajrzeć, albo spytać. Nie mam niczego do ukrycia - dodała jeszcze, trochę się uspokajając. Ponownie uniosła różdżkę i jednym zaklęciem posprzątała swój gabinet, mając nadzieję, że nie podejmą się próby ponownego demolowania go. - Zwykłe zaklęcie ogłuszające. Nic mu nie będzie - powiedziała jeszcze, przewracając oczami, widząc, że tamten kontroler nadal zwisa nad tym nieprzytomnym. - Może to go nauczy kultury osobistej - dodała, wzruszając lekko ramionkami, gdy zobaczyła minę Vittoria.


Co racja to racja, chyba nikomu nie jest zbyt wesoło, jak jakieś plebsy o manierach jaskiniowców pakują mu się do gabinetu i wszystko przewracają do góry nogami. Perfekcyjna Czarodziejska Gospodyni Domowa złapałaby się za głowę, widząc rozmiary śmietnika, jaki zrobili kontrolerzy. Na pewno nie przeszliby testu Zaklęcia Białej Rękawiczki!
Vittorio z dumą obserwował przestrach u kontrolerów. Pewnie powinno być mu wstyd, że jest szefem takich patałachów, ale zbytnio cieszyło go to, jak sobie z nimi poradziła Alvena. O, takie zdecydowane kobiety rzadko się trafiają. No, z wyjątkiem jego matki i siostry, ale był pewny, że panna Diggory nie zostawia dziwnych ciekłych substancji gdzie popadnie i nie hoduje zgrai zbzikowanych zwierząt domowych. Oczywiście, nie była z nim także spokrewniona i to była kolejna zaleta, bo chociaż rodzina Zabinich pochodziła z Włoch, to Vittorio oczywiście nie miał żadnych mitologicznych zaburzeń, co to, to nie. Doprawdy, jego myśli czasem podążały naprawdę dziwnym torem.
- Kontrole dokonywane przez kompetentnych pracowników nie – uściślił, żeby jakoś się wybronić. – Minister chyba nie lubi naszego wydziału, bo przysyła nam tylko takich nieudaczników. Dlatego jestem tutaj osobiście – dodał dumnie. – Żeby własnoręcznie panią skontrolo… To znaczy, żeby własnoręcznie dopilnować, żeby kontrola nie wymknęła się spod kontroli – dodał szybko. A to suchar mu się udał. Miał nadzieję, że Alvena zwróci uwagę na przypadkowego suchara, a nie na pierwszą część wypowiedzi, która wymknęła mu się mimowolnie.
- Och, kogo to obchodzi – stwierdził beztrosko, niezbyt się przejmując stanem kontrolera. Zapewne nie było to zbyt profesjonalne podejście, ale i tak był bardziej profesjonalny niż jego kontrolerzy. – W takim razie powinienem pani podziękować za tę lekcję, może dzięki temu będą mniej irytujący we współpracy.


Kto by pomyślał, że tak krótka wizyta może człowiekowi tak napsuć krwi. Jednak Vittorio miał powody do radości, bowiem w porównaniu z jego podwładnymi-jaskiniowcami, wypadł w obecności Alveny wręcz rewelacyjnie. Panna Diggory miała pamięć do ludzi, a jeśli ktoś zrobi na niej dobre wrażenie, to tym bardziej dobrze go zapamięta.
- Może oszczędza, a tacy pewnie zarabiają mniej? - podrzuciła, jednak szybko skarciła się za to w myślach. Była znana z mówienia tego, co myśli, jednak nie każdy życzył sobie aż takiej szczerości. - Niemniej jednak cieszy mnie, że pan się zjawił, widać istnieje jeszcze nadzieja, że do Ministerstwa nie przyjmują ludzi z ulicy. Chyba sam pan rozumie, że nie mogłam potraktować pańskich podwładnych profesjonalnie, kiedy zachowali się w taki sposób - powiedziała, chcąc poniekąd usprawiedliwić to, że w jednego z nich cisnęła klątwą, a z drugim o mały włos postąpiła tak samo. Wciąż jednak była zdania, że sami byli sobie winni. - Mam nadzieję, że nie wpłynie to negatywnie na ocenę mojej pracy - że też dopiero teraz o tym pomyślała. A co jeśli szpital przez to ucierpi? Skargi z ministerstwa nie są raczej dobrze widziane w oczach innych ludzi, a Alvena nie chciałaby przynieść swojemu miejscu pracy żadnej szkody. Słysząc jego suchara, uśmiechnęła się. Nagle nieprzytomny odzyskał przytomność, po czym obu kontrolerów zwinęło się z gabinetu, najwyraźniej orientując się, że nic tu po nich. No i dobrze, jeżeli Alveny spytać.
- Och, panią to jest moja matka - odparła - Nie jestem jeszcze aż tak stara, mów mi po imieniu - zaproponowała. Pewnie w innym przypadku by tego nie proponowała, ale skoro dwójka kontrolerów się stamtąd zmyła, a naprawdę irytowało ją zwracanie się do niej per "pani", to uznała, że czemu nie. Zwłaszcza, że wyraźnie kojarzyła go z Hogwartu. Wskazała mu wolne krzesło przed swoim biurkiem, żeby sobie usiadł, a sama posadziła swój tyłek z powrotem na swoim krześle. - A więc coś jeszcze pozostało do skontrolowania? - spytała. Cóż, tamci przetrząsnęli już bezsensownie większość jej gabinetu. Pytanie tylko po co?


Cóż, widocznie nawet najbardziej idiotyczny plan kończy się sukcesem, o ile podejdzie się do jego wykonania z odpowiednim entuzjazmem, a tego Vittoriowi w obecności Alveny zdecydowanie nie brakowało.
- Pewnie tak, parszywa z niego sknera – przyznał. W końcu po co maił owijać w bawełnę? Jak widać, Alvena się nie krępowała, więc po co miał wychwalać ministra.
Jej kolejne słowa wprawiły go w prawdziwe podekscytowanie. Szybko się jednak opanował, bowiem był poważnym urzędnikiem Ministerstwa, a nie rozchichotaną nastolatką.
- Ależ oczywiście, głupie z nich buraki – stwierdził lekceważąco. Nie przejmował się tym, czy go słyszą, w końcu zawsze można temu w jakiś sposób zaradzić.
- Niech się pani nie martwi – zapewnił ją. - Obliviate to bardzo szybkie zaklęcie, jeśli wie pani, co mam na myśli… - w ten sposób zasugerował jej, że już on zajmie się tą kwestią, kiedy opuszczą jej gabinet. W końcu wszelkie raporty i tak musiały się najpierw przewinąć przez jego biurko. Ku jego zadowoleniu, te patałachy zwane kontrolerami miały chociaż tyle rozumu, żeby ulotnić się z gabinetu.
- W takim razie, bardzo mi miło… Alveno – powiedział, uśmiechając się szeroko. Prawdopodobnie było to szkodliwe dla mięśni jego twarzy, ale nic nie mógł poradzić na swój dobry humor. – Oczywiście ta sama zasada odnosi się do mnie – dodał.
Już korciło go, żeby jej odpowiedzieć, że najchętniej to ją poddałby dokładnej osobistej kontroli, ale przecież był dobrze wychowanym czarodziejem i nie wypadało bombardować nowopoznanej damy takimi rewelacjami. No, a już na pewno nie w miejscach publicznych…
- Nie, myślę, że nie – odparł zamiast tego.


Parsknęła śmiechem, słysząc komentarz Vittoria. Ministrzy, w zasadzie wszyscy politycy byli znani z tego, że są łasi na pieniądze, ale żeby wydawać je w dobrym celu, to już niekoniecznie. Prędzej woleli wrzucać galeony do swoich własnych kieszeni, dlatego tak to ministerstwo wyglądało. Że część personelu zwyczajnie nadawałaby się do wymiany.
- Naturalnie - posłała mu lekki uśmiech. To nawet urocze, że był w stanie potraktować współpracowników zaklęciem, żeby jej pomóc. Chociaż z drugiej strony należało im się, bo swoim zachowaniem przynoszą wstyd całemu Ministerstwu!
- W porządku, Vittorio - przystała na jego warunek bez zbędnego ociągania. Nawet dziwnie jej było zwracać się do niego per pan, wiedząc, że są w tym samym wieku.
- Wydaje mi się, że nawet kojarzę cię z Hogwartu - palnęła, bo korciło ją to jeszcze od jego poprzedniej wizyty. On jej pewnie nie kojarzył, bo specjalnie nie wyróżniała się ani w kwestii prefektowania, ani nie świeciła przed nikim cyckami...
- Chyba mamy pecha do spotykania się w niezbyt przyjemnych okolicznościach - zauważyła, posyłając mu lekki uśmiech. Tutaj pechowo wypity eliksir, tutaj kontrola z jaskiniowcami. Ech.


Generalnie zamiast zrobić coś pożytecznego, chyba wszyscy ludzie pchają się na wysokie stanowiska chyba tylko po to, żeby zbijać kasę. Nie inaczej było w przypadku społeczeństwa czarodziejów.
Vittorio potraktowałby zaklęciem i samego ministra, gdyby to miało pomóc Alvenie, ale wolał nie dzielić się z nią tym spostrzeżeniem, bo jeszcze uznałaby go za psychoza. Co jak co, ale na razie zrobił dobre wrażenie i wolał to tak pozostawić.
- Też cię kojarzę – wypalił bez namysłu, podekscytowany tym, że już kiedyś musiała go zauważyć. Doprawdy, ten dzień z każdą chwilą stawał się coraz lepszy.
- Niestety, ale chociaż coś miłego wyniknęło z tych okoliczności. Chociaż, może uda nam się przerwać złą passę? – zasugerował ostrożnie, nie chcąc się narzucać.


Niestety tak już na tym świecie było, że prawie wszystko kręciło się wokół pieniędzy i ich pomnażania. Alvena była pewnie jedną z niewielu osób, dla której majętność wcale nie była tak istotna. W końcu gdyby było inaczej, pewnie poszłaby na super płatną posadkę w ministerstwie, gdzie siedziałaby na tyłku i zdzierała z ludzi pieniądze. A jednak zdecydowała się pomagać innym.
- Ach, to dobrze. Już myślałam, że jednak coś mi się pomieszało - odparła z uśmiechem. Przez jej gabinet przewija się naprawdę wielu pacjentów i pewnie kogoś takiego jak Vittorio by zapamiętała bez pomyłki, no ale chciała tym jakoś podtrzymać rozmowę, więc chyba można jej to wybaczyć.
- Może - pozwoliła temu słowu zawisnąć gdzieś w powietrzu, bo nim którekolwiek z nich zdążyło powiedzieć coś jeszcze, w gabinecie można było usłyszeć ciche pukanie. Alvena oczywiście poprosiła osobę do środka i jak się okazało był to już kolejny pacjent.
- Przepraszam, ale muszę już wrócić do pracy - posłała mu przepraszające spojrzenie. Szczerze mówiąc pewnie chętnie by sobie z nim jeszcze porozmawiała, albo powspominała Hogwart, ale cóż, praca wzywa! - Do zobaczenia - rzuciła jeszcze za nim, bo coś czuła, że jeszcze się spotkają. No a potem zajęła się już pacjentami.

/ztx2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://marauders.forumpolish.com
 
Alvena&Vittorio #2
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Postaciowo :: Dawne gry-
Skocz do: